Vincent chce nad morze

W czwartym dniu festiwalu miałam wielką przyjemność obejrzeć film produkcji niemieckiej. Ku mojemu zaskoczeniu sala kinowa pękała w szwach, ale niestety nie należy ona do największych. Na widowni  zebrała się ekipa widzów o szeroko rozumianej sprawności fizycznej, z przewagą jednak ludzi dojrzałych. Może słusznie młodzież póki co unika dramatów czy tragedii życiowych, które wyświetlane są na dużym ekranie, ale tak naprawdę  reżyserowane przez prawdziwe życie.

Dobrze, a teraz  o filmie. Główny bohater Vinent ,po śmierci matki decyzją ojca zostaje umieszczony w ośrodku chorób różnych. Cierpi na rzadką chorobę – syndrom Tourette'a z powodu której nie może zdaniem ojca, funkcjonować samodzielnie w społeczeństwie. Z domu zabiera jedynie najcenniejsze dla niego, charakterystyczne blaszane pudełko z tajemniczą zawartością. W ośrodku poznaje swojego współlokatora Alexa, u którego rozpoznano zaburzenia obsesyjno-kompulsywne  i  który wszystkiego się boi. Jak to zwykle w życiu i w filmie również bywa pojawia się i płeć piękna w postaci Marie chorej na anoreksję. Splot  chwilami naprawdę śmiesznych okoliczności i wydarzeń, pozwala naszej trójce wybrać się w podróż nad morze Śródziemne. Cel podróży jest osobistą prośbą Vincenta, na którą nowo poznani przyjaciele przystają.
W ślad za nimi w poszukiwaniu wyrusza  ojciec Vinecenta, któremu towarzyszy dyrektorka tegoż ośrodka.   Troje tzw. nieudaczników życiowych, którzy według przyjętych norm społecznych, nie mają prawa do samodzielnego życia, izolowani są dla tzw. „własnego dobra”   wyrusza w drogę. Spotykają na trasie mnóstwo przeróżnych sytuacji  bardziej śmiesznych ale też i  smutnych, z którymi „normalny” człowiek często ma  dylemat. Nasi bohaterowie radzą sobie i to całkiem dobrze. Czują się za siebie wzajemnie odpowiedzialni, bardziej silni i odporni na bodźce, które funduje im życie.
Świadomie unikam szczegółów, film naprawdę warto obejrzeć. Siedziałam w połowie sali, miałam więc możliwość poobserwowania widzów. Wszyscy szczerze w głos śmiali się, albo też panowała "grobowa "cisza. Nie było widać czy ktoś jest kaleką, czy też nie. I bardzo dobrze bo przecież do tego dążymy.